Amiga Minus 1/2001 - Niekomercyjny Magazyn Użytkowników Komputerów Amiga
  Wydanie internetowe Nr 1, Marzec 2001  

 Okładka
 Przełamując schematy
 Prawa autorskie
 Stopka redakcyjna

 Amiga Inc. zabija Amigę?
 Amiga Inc. w ocenie Polaków

 Jay Miner, ojciec Amigi
 Amiga w Gazecie Wyborczej
 Opinie
 Zamiast narzekać na piractwo

 Lato, lato...
 Amiga-fiction

 Urban Mueller
 Marcel Beck

 Pirackie oprogramowanie
 Ile za oryginalny program?
 Jakie programy do Internetu?
 Zdania o firmie Elbox

 Gwóźdź do trumny
 Dobra robota
 Najlepsi na scenie

 ZShell - z Unixa na Amigę

 Świat gier tekstowych
 Wojny rdzeniowe
 HArbiter


    Wiele osób obserwujących wydarzenia zachodzące w naszym amigowym światku ma wrażenie, że spogląda na coś niesamowicie dziwnego i jedynego w swoim rodzaju. Czasami faktycznie ma się wrażenie, że to co się "u nas" wyprawia z powodzeniem nadawałoby się do serialu "Z Archiwum X" czy innego "Słonecznego patrolu". Niektórzy posuwają się nawet dalej i utożsamiają Amigę z cybernetyczną apoteozą Jezusa XXI wieku, mającą swoją poniewierką odkupić brudne grzechy postmodernistycznego społeczeństwa.
    W każdym razie ciężko nie zgodzić się z faktem, że środowisko amigowe oraz to co je spotyka jest swoistym fenomenem. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka trudno znaleźć subkultury (społeczności), w obrębie których podobne wydarzenia nakładają się na siebie, powodując znany nam "rezonans". Ale gdy już opadną emocje, można wskazać pewne zaskakujące analogie. I nie trzeba ich wcale szukać bardzo daleko.
    Fani szeroko pojętej fantastyki, a w szczególności stali czytelnicy "Nowej Fantastyki", na pewno zauważyli jak wiele wspólnego łączy te dwa środowiska. Nie chodzi mi tutaj tylko i wyłącznie o porównanie amigowców do (opisanego zresztą przez Fei'a w "eXec'u") świata SF-anów - grupy maniaków zdolnych przejechać pól Polski, aby odwiedzić konwent, wypić piwo i pogadać z kumplami o ukrytym między wierszami "Diuny" przepisie na destylację planktonu. Chodzi o coś więcej, bo w końcu nietrudno zauważyć, że każda zbiorowość ludzi oddana jakiejś pasji jest do siebie podobna, nawet jeśli będzie to grupa hodowców pieczarki nizinnej czy chirurgów plastycznych Michaela Jacksona. Proponuję więc spojrzeć na świat fantastyki trochę bardziej dogłębnie.
    Amigowcom nie jest obca ciągła walka o traktowanie naszego komputera poważnie, a nie przez pryzmat A500 podłączonej do telewizora, przed którym siedzi zaśliniony małolat jedzący trufle. Do większości pecetowców i tak zwanych "niekomputerowców" nie przemawiają żadne argumenty o tym, że do Amigi można podłączać 24-bitowe karty graficzne, szybkie procesory itd. Że w takich konfiguracjach są to wydajne stacje robocze, świetnie nadające się do pracy, które z A500 mają tyle wspólnego, ile Windows ze stabilnością. Że tych szybkich Amig, w przeciwieństwie do pecetów, nie trzeba przykręcać śrubami do stołów, żeby nie odleciały z powodu nieobliczalnych wentylatorów lub sprężarek powietrza wielkości główki dorodnej kapusty (najnowszy hit na targach Cebit) chłodzących procesor. No, ale trochę się zapędziłem. Otóż podobnie jak Amiga, z racji kojarzenia jej z A500, jest ignorowana przez tak zwany główny nurt komputerowy i grono jego "znawców", tak i ambitna fantastyka po dziś dzień pokutuje za swoje "grzechy".
    Jakie to grzechy? Bzdurne filmy, gdzie Obcy pod postacią kątomierzy ataktują Ziemię, powieści w stylu "Conana Złoczyńcy" przepełnione opisami porannych ćwiczeń herosa na ujędrnienie pośladków i walkę z cellulitis, kiczowate buble ze znaczkiem Gwiezdnych Wojen czy horrory w których zmutowane (oczywiście przez meteor z kosmosu) szczury wygryzają mężczyznom nabiał. Dzięki tej otoczce wielu snobistycznych profesorów i "wielkich" krytyków nie weźmie nawet do ręki Zajdla, Bradbury'ego czy Sapkowskiego - autorów których twórczość ma z literaturą na pewno więcej wspólnego niż wypociny niejednego współczesnego twórcy głównego nurtu. Wszystko z nalepką "fantastyka" jest przez nich automatycznie traktowane jako trzeciorzędny kicz. Zresztą nawet zwykli ludzie widząc te wszystkie krzykliwe okładki fantastycznych książek z kobietami eksponującymi swoje bufory (oczywiście w znaczeniu informatycznym) na tle smoka ziejącego plazmą, absolutnie nie wierzą, że gdzieś tam może być ukryta prawdziwa, wartościowa literatura. Nic więc dziwnego, że za każdym razem, gdy jakiś autor czy utwór z kanonu fantastyki zostanie dostrzeżony przez tzw. mainstream, czy to pod postacią pochlebnej recenzji w "Gazecie Wyborczej", czy jako odczytany referat na jakimś uniwersytecie, światek fantastów czuje się dumny i ma powody do satysfakcji. Skąd my to znamy? Czy nie to samo można powiedzieć o Amidze i jej zastosowaniach?
    W świecie SF-anów widoczne jest również ubolewanie nad upadkiem czytelnictwa. Książki mają coraz mniejsze nakłady, a wydawnictwa padają jak muchy. Młodzi ludzie wolą multimedialne rozrywki: gry komputerowe i filmy DVD. One bowiem nie wymagają od nich męczącego kreowania światów w otumanionych głowach, nie wymuszają wysilania wyobraźni. To niepotrzebne, gdy wszystko podane jest na tacy. Także i to przypomina mi zależność między Amigą ("książki" - inwencja, wyobraźnia) a pecetem ("błyszczące multimedialne wodotryski" - konsumpcja, brak własnej myśli, wszystko podane na talerzu) oraz ich użytkownikami.
    Ale dajmy już spokój fantastom. Nie trzeba szukać aż tak daleko. Ciekawe wnioski można też wysnuć z obserwacji społeczności atarowców. Atari - komputer równie mocno ignorowany i potępiany przez ogół, poniewierany przez kolejne firmy chyba mocniej niż nasz, do dzisiaj posiada grupę oddanych mu fanów. Podobnie jak Amiga w telewizji i grafice, tak maszyny Atari w DTP i MIDI długo broniły swej pozycji. Jeszcze do niedawna Atari z Calamusem, Retouchem i Didotem był jedynym profesjonalnym systemem DTP. Podobną wizytówką jaką dla Amigi jest np. Scala był dla Atari program muzyczny Cubase - oba programy rozwijane dziś chyba tylko na grzybach/jabłkach. Jeszcze bardziej amigopodobne były próby "ratowania" Atari. Ot, chociażby szumnie reklamowany klon o nazwie Milan 040. Sami spójrzcie: MC68040/64MHz, sloty ISA, PCI, EDO-RAM, złącza IDE AT-Bus, Flash-ROM z systemem operacyjnym TOS 4.04, karta grafiki 2MB, obudowa Mini Tower, gęsta stacja, CD-ROM... To był rok 1997. Nie brzmi znajomo? A były i inne pomysły. Chociażby PHENIX, oparty na procesorze MOTOROLA 68060 taktowanym do 80MHz! Większość tych projektów podzieliła los amigowych A/Boxów, Iwinów, Ami-Rage'ów czy innych Piosów - nigdy nie ujrzała światła dziennego. Jednak kilka modeli próbowało i ciągle próbuje uratować rynek Atari, chociażby Medus i Hades, podobnie jak niegdyś amigowy Draco, a zapowiadane są kolejne klony. Czy to też nie brzmi znajomo? Nie przypomina "syndromu amigowego Boxera"?
    A jednak zarówno fani fantastyki, jak i atarowcy nadal jakoś się trzymają. Dlaczegóż więc coś złego ma spotkać amigowców? Przetrwali, bo wciąż znajdują się ludzie gotowi do zasilania takich nieformalnych grup, mający w głębokim poważaniu poprawność polityczną i panujące trendy - mam nadzieję, że podobnych osób nigdy nie zabraknie.

Tomasz Pacyna

 Do góry