Spis treści
EPOKA ELEKTRONICZNYCH DINOZAURÓW

      Po osiągnięciu dwudziestki po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, że pośród otaczających mnie na co dzień komputerów stałem się dinozaurem. Dwudziestka to oczywiście liczba walających się tu i ówdzie maszyn, każda z własną historią, każda na swój sposób niezwykła. W tej chwili i tak stoi ich w całym mieszkaniu nieco więcej i aż strach zacząć je liczyć, bo znów skończy się to nieprzespaną nocą i ślęczeniem nad rozregulowanym magnetofonem.

Gdzie tu jest dusza?

      Wielu ludzi zna te opowieści z prasy, Internetu, w których tacy czy inni maniacy wciąż podejmują tematykę ośmiobitowych gier. Jednak te powracające falami w mediach ośmio- i szesnastobitowe czasy z roku na rok obrastają w coraz większą ilość przekłamań. Ot na przykład "rewelacyjna Amiga CDTV32" albo "pierwszą Amigę zaprezentowano w 1987 roku". I tak dalej. Niestety, to tylko połowa problemu, bo tak naprawdę większość opowieści o świetności, czy to Amigi, czy całej rzeszy ośmiobitowców to tylko pretekst do zaproponowania emulatora. Niby niezłej zabawki dla każdego, kto nie poczuł "Ghost in the Machine", a jednak bardziej przypomina to lizanie lizaka przez szybę, niż pracę czy zabawę na rzeczywistym sprzęcie. Amiga tak czy tak podzieliła los ośmiobitowców i stanęła w kolejce maszyn emulowanych. Ba, niegdyś nieosiągalna konfiguracja (A1200/030) dziś na przeciętnym pececie to kwestia emulatora UAE, w miarę szybkiego procesora i kopiowanych pokątnie ROM-ów (tym mianem coraz częściej określa się na przykład ADF-y). Te sprzeczności i przekłamania można by jeszcze mnożyć. I nikt nie wmówi mi, że UAE może kogoś przekonać do Amigi. Pozostała (na szczęście wciąż dosyć spora) grupka dinozaurów, spędzających czas przed Amigą od czasów tzw. pięćsetki (bo kogo było stać na A1000?), aż do dziś, nieco mocno podopalanych czterotysiączek i tysiącdwusetek. To przeważnie ludzie, którzy zawsze trzymali się Amig i będą się ich trzymać. Po prostu odpowiada im środowisko pracy, nie chcą rezygnować z pewnych nawyków. Znam to po sobie. Mimo że na sąsiednich platformach istnieją narzędzia szybsze, lepsze i wygodniejsze, ja wciąż większość pracy wykonuję na CED-zie, TurboCalcu, a potem pracowicie konwertuję to na bardziej zjadliwe dla komercyjnego świata formaty. A zarobione pieniądze, zamiast wydać na rasowego peceta (do czego zbieram się od paru lat), cały czas ładuję w Amigę, mimo horrendalnych cen sprzętu.

Ostateczny krach systemu

      Ostatnie bastiony oporu właściwie dawno już upadły. I nawet nie chodzi tu o macierzystego Commodore czy aktualnie istniejącą Amiga Inc. (notabene działania tej ostatniej firmy mają się tak do Amigi, jak Linux do Windowsa), a raczej totalny krach Phase 5, jedynej firmy, która za pomocą swoich rozwiązań mogła jeszcze wyprowadzić na prostą rynek amigowy. Dlaczego jedynej? Bo tylko tamtejsi projektanci rozumieli specyfikę Amigi. Nie szukali protez, takich jak Mediator, ale dopasowywali elementy, pozwalające zachować oryginalność tego, czym była i jest Amiga. Nawet Miner bardzo szybko zrozumiał, że jego cudowne dziecko trafiło w niewłaściwe ręce, jeszcze wtedy gdy my przeżywaliśmy maniakalną wręcz fascynację tą maszyną. Właściwie pozostał już tylko Aminet. Jedyny wodopój świeżego oprogramowania.

Brave, new world

      Przyglądając się temu naszemu małemu światkowi bardzo łatwo dostrzec dwie wyróżniające się grupy. Pierwsi to ci, których już dawno znużyły ciągłe obietnice i zapowiedzi, a to nowego sprzętu, a to nowej Amigi oraz groźby (jeśli nie wniesiecie przedpłat na 20000 kart, to nic nie wyprodukujemy; jak nie kupicie 200 kopii nowego hiper-oesa, to następnego nie będzie). Większość z nich skończyła na jakiejś A1200/030 lub 040, rzadziej na Amidze z PPC i kartą graficzną. To ludzie, którzy doskonale zdają sobie sprawę z realiów współczesności i tego, że za jakieś 10 lat nie będzie już gdzie naprawić sfatygowanych amigowych scalaczków. Ale właśnie oni zostaną do końca przy Amigach. Dlaczego? Sam nie wiem.
      I druga grupa to ta zupełnie nowa fala. Fala ludzi, którzy zetknęli się z Amigą (a często i demosceną, bo oba zjawiska są ze sobą dosyć ściśle powiązane) i nagle polubili tą maszynę. Zainwestowali w nią kupę kasy (A4000/PPC/CVisionPPC i wszystkie nowinki na rynku) albo zgoła nic (A1200 z piątej ręki z 040, twardym dyskiem i CD-ROMem za jedyne 300 zł). Od momentu tego zakupu niejako automatycznie stali się nową elitą: posiadaczami Amig. Opowiadają o tym wszystkim dookoła. Najzacieklej wykrzykują "Amiga rulez" (z akcentem na "rulez") i czekają na następny powiew wiatru (co to będzie? PSX2?). Bo właśnie ci, którzy krzyczą najgłośniej, najszybciej dokonują translokacji zainteresowań.

Ostatni gasi światło...

      Taki wyraźny podział środowiska amigowego niestety budzi poważne obawy co do tego zjawiska. Kiedyś, bardzo dawno temu był taki śliczny zwrot: "friendship rulez". I rzeczywiście, to hasło miało swoje znaczenie. Dziś trudno uwierzyć, że to scenowe motto jeszcze egzystuje. Wystarczy wyskoczyć na pierwsze lepsze party. Ten sam problem dotyka Amigi. Co z tego, że temat ten krąży w mediach jak niesforna mucha? Przecież prawda jest taka, że w większości redakcji trafi się jakiś amigowiec sączący powoli amigowy fanatyzm w redakcji. Kończy się to tak, że przez pewien czas jedna z gazet publikuje sporo rzeczy o Amidze, a potem koleś albo wylatuje z pracy, albo wszyscy mają go serdecznie dosyć. Nie ma co, nie samą Amigą żyje świat komputerów. Grunt to z jednej strony zachować własną oryginalność, a z drugiej nie dać się ponieść emocjom. Obiektywizm ocen to właśnie podstawa uczciwego dziennikarstwa. I na takiej podstawie czasem da się napisać o Amidze. Czasem uda się przedstawić Przyjaciółkę jako fascynujące, wciąż żywe zjawisko. Tylko do ilu osób to dotrze? Na pewno nie przysporzy nowych fanów, gdyż środowisko amigowe coraz bardziej zamyka się w sobie. Bo dzisiejsza Amiga z prawdziwego zdarzenia to wydatek rzędu 10 tysięcy złotych! A to już ekstrawagancja, szaleństwo, na które mało kto może sobie pozwolić (na pewno nie małolat, któremu rodzice dają sto złotych kieszonkowego miesięcznie). Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że takie artykuły poświęcane Amidze bardzo częstą są tylko sygnałem dla wtajemniczonych. Oczywiście, prędzej czy później zostaną tylko wspomnienia...
      Aha, możecie zgasić światło... podepnę jakiś akumulatorek do Amigi.

Bartłomiej Dramczyk
Spis treści